Wrześniowe dni w Lombardii, część 2- Mediolan

Słyszałam wiele opinii, że Mediolan nie jest warty odwiedzenia. I może nawet bym się z tym zgodziła, gdyby nie jedna rzecz, która mnie tu zachwyciła. I dlatego, chociażby dla tej jednej rzeczy, musicie odwiedzić to miasto.

Bilety do Mediolanu kupujemy na stacji (w kiosku po lewej stronie od wejścia). Kosztują 5,5 euro w jedną stronę. Wsiadamy do pociągu, który akurat za chwilę odjeżdża. Chwilę potem Wojtek przypomina nam o jednej rzeczy. Bilety kolejowe we Włoszech trzeba kasować! Biegniemy szybko z peronu po schodach w górę, kasujemy bilety, zawracamy i prawie w ostatniej chwili wsiadamy do pociągu. Ledwo, a byśmy czekali na kolejny pociąg i stracilibyśmy godzinę pobytu w Mediolanie.

Po ok. godzinowej jeździe wysiadamy na stacji Milano Centrale. W poruszaniu się po mieście nieodzowną okazała się aplikacja google maps w telefonie. Uzbrojeni w takiego przewodnika ruszamy przed siebie. Okazuje się, że czeka nas 40 minut drogi do Duomo di Milano. Warto jednak się przejść i poczuć klimat miasta. Mijamy po drodze wiele wystaw sklepowych, wypasionych budynków, nawet pewien kościółek.

 

 

Już coraz bliżej celu… Mijamy coraz ciekawsze zabytki.

 

 

Później trafiamy na plac Piazza della Scarpa z pomnikiem Leonadro da Vinci i Palazzo Marino. Stąd już bardzo blisko do Katetry Duomo di Milano.

 

 

Robię zdjęcia katedry, placu, pomnika oraz galerii Galleria Vittorio Emanuele II- pięknemu budynkowi znajdującym się po lewej stronie patrząc na katedrę, gdzie można zobaczyć sklepy takie jak Armani czy Prada. Na placu jest bardzo dużo ludzi, kolejka do kasy po bilety też ogromna. Gdy stajemy w niej podchodzi do nas dziewczyna i po angielsku tłumaczy, że kawałek dalej też można kupić te same bilety w tej samej cenie, a na dodatek nie ma kolejki. Dzięki niej i Wojtkowi, który się z nią dogadał, zaoszczędzamy pół h. Kupujemy bilety za 9 euro, za które możemy wejść do katedry (2 euro) oraz na dach po schodach (7 euro).

 

 

Wchodzimy do katedry.

 

 

Po zwiedzeniu wnętrza katedry idziemy po schodach na dach. Moim zdaniem nie ma sensu kupować biletu na windę, bo jest dużo drożej, a tak wysoko nie jest. Tutaj zostawiam Was ze zdjęciami. Myślę, że rozwiązuje się teraz zagadka z pierwszego zdania. Wnętrze samej katedry mnie nie zachwyciło (ogólnie nie przepadam za kościołami), za to dach katedry to chyba moje ulubione miejsce z całej wycieczki.
Szkoda mi schodzić z dachu… Robię chyba z milion zdjęć…

 

 

Trochę pozowania też musi być… Wojtek udaje Marcina Tyszkę: “Jesteś w Top Model, daj z siebie więcej!”.

 

 

Wojtek ala Mateusz Maga:

 

 

Szkoda, że nie stanęłam obok i również nie pokazałam swojego bicka 🙁

 

 

Schodzimy, bo trzeba też zostawić czas na inne miejsca. Idziemy w stronę Castello Sforzesco, jednak wcześniej zatrzymujemy się na obiad. Pizze kosztują od 8 euro, więc nie jest tak źle, jednak nie są tak dobre jak ta, którą jadłam dzień wcześniej w Bergamo.

Po obiedzie idziemy do zamku. Przed zamkiem stoi dużo czarnoskórych panów, którzy wręczają wszystkim “sznurki przyjaźni” chcąc później za nie zapłaty. My się nie dajemy, chociaż jeden z nich był tak nachalny, aż położył mi jeden na ramieniu.. Próbują też sprzedawać powerbanki i to już ma większy sens, bo w parku Sempione w tamtym okresie pojawiało się mnóstwo Charmanderów (jeden z pokemonów). My z Wojtkiem, jako fani gry, chodziliśmy wokół z telefonami i staraliśmy się złapać jak najwięcej, bo w naszym Olsztynie nie znaleźliśmy ani jednego. Udało się nawet zrobić pamiątkowe zdjęcia. Pokemon GO był naszym najlepszym przewodnikiem wycieczki. Na mapie, po której się poruszamy podczas gry, widzimy tzw. pokestopy (miejsca, z których wypadają różne wirtualne przedmioty potrzebne do gry). Pokestopami są ciekawe budynki, rzeźby, fontanny, dlatego dzięki temu wiedzieliśmy, w którą stronę się poruszać (zasada: w stronę pokestopów do centrum), a także jaki budynek aktualnie mijamy. Z uwagi na nasze zamiłowanie do pokemonów zdjęcia w parku zostały zrobione przez mojego tatę 😀

 

 

Ostatni punkt, który chcieliśmy zahaczyć tego dnia to Naviglio. Jest to dzielnica ozdobiona kanałami, nazywana “wenecką”. Idziemy tam na piechotę. Z parku Sempione to odległość ok. 2,5 km drogi.
Odpoczywamy przy grubszej odnodze kanału (zwanym “Darsena”).

 

 

Następnie przechodzimy obok bramy Porta Ticinese.

 

 

Wychodzimy z drugiej strony tegoż kanału. Idziemy jeszcze kawałek ulicą Ripa di Porta Ticinese wzdłuż dosyć wąskiego kanału (na googlemaps podpisanym jako Linea Traghetti Gaggiano-Milano). Znajduje się tu wiele małych lokali gastronomicznych, które zaczynają tętnić życiem po poobiedniej sjeście.

 

 

Przechodzimy przez drugi z mostów i kierujemy się do stacji metra P.ta Genova F.s. skąd linią 2 dojeżdżamy do samej stacji kolejowej Mediolanu. Bilet kosztuje 1,5 euro, kupujemy go w automacie przed bramkami (można płacić kartą i gotówką). Bilet na pociąg kupujemy na dworcu również w automacie (podpisanym “Trenord”- chyba tylko takie pociągi jeżdżą do Bergamo). Kosztuje tyle samo co w drugą stronę- 5,5 euro. W kasach kosztuje po 6,5 euro za bilet (doliczają 1 euro za obsługę).

Po przyjeździe do Bergamo, pozostaje nam tylko wsiąść w autobus i dotrzeć do mieszkania. Na zakończenie dnia mamy jeszcze stresującą przygodę. W autobusie pobiło się dwóch facetów. Jeden skończył z zakrwawioną twarzą, drugi z mocno poobijaną. Z tego wszystkiego omijamy swój przystanek, na którym powinniśmy wysiąść i jedziemy aż 4 km dalej… Całe szczęście, że autobus robił pętlę, bo byłby problem z powrotem. Udało się przynajmniej odwiedzić zwyczajne osiedla Bergamo. Włosi mają tam naprawdę wąskie uliczki.

Po kolejnym dniu całodziennego zwiedzania wracamy do mieszkania. Następnego dnia wybieramy się nad jezioro Como.

 

poprzedni dzień wyjazdu:

Wrześniowe dni w Lombardii, część 1- Bergamo

Dodaj komentarz