Wiosenna Andaluzja cz.4- Gibraltar, Tarifa

Będąc w Andaluzji ciężko odpuścić sobie zwiedzenie Gibraltaru. Chyba każdy kojarzy to miejsce z lekcji geografii. To tutaj znajduje się słynna cieśnina Gibraltarska, która oddziela Europę od Afryki i łączy Morze Śródziemne z Oceanem Atlantyckim. W dzisiejszym odcinku, czwartym dniu naszej podróży po Hiszpanii, pokażę Wam jak to miejsce wygląda.

Opuszczamy dzisiaj apartament w Rondzie i jedziemy drogą A-397 w kierunku San Pedro Alcántara. Trasa jest położona dosyć wysoko w górach, wskaźnik temperatury w aucie wskazuje w pewnym momencie tylko 3 stopnie. Trasa słynie z motocyklistów. Spodziewacie się pewnie, że minęliśmy może z 20, ale nie, bo około 200. Nie mam pojęcia dlaczego wybrali sobie taką pogodę do przejażdżek, ale podobno zawsze ich tu tyle jeździ.

 

Przejeżdżamy przez malutką, kolorową miejscowość La Heredia znajdującą się u podnóża gór Sierra Blanca.

 

Kawałek dalej wjeżdżamy do San Pedro Alcántara. Od tamtej pory jedziemy bezpłatną autostradą A-7 wzdłuż oceanu już bezpośrednio w kierunku Gibraltaru. Mijamy wiele miejscowości wypoczynkowych, w których co sekundę przejeżdżamy przez rondo oraz dużo ekskluzywnych hoteli. Panuje tu zupełnie inny klimat niż w innych miejscach Andaluzji.

     

     

 

Około 15 kilometrów przed Gibraltarem widać już słynną skałę.

 

Jesteśmy już blisko granicy z Gibraltarem. Jedziemy ulicą Av. Príncipe de Asturias z zachodu. W planach mieliśmy dotrzeć na wschodnią jej część i zaparkować na darmowych miejscach parkingowych tuż przy oceanie. Drogę zagrodziły nam słupki i jedyną opcją dalszej jazdy był wjazd na parking 🙁 Ostatecznie nie była to najgorsza opcja, bo oszczędziliśmy trochę drogi piechotą kosztem opłaty.

Jeśli wybieracie się do Gibraltaru lepiej jest zaparkować po stronie hiszpańskiej i przejść przez granicę na piechotę. Gibraltar bowiem należy do Anglii, jest normalne przejście graniczne, na którym sprawdzane są dowody osobiste. Mieszkańcy Gibraltaru normalnie posługują się językiem angielskim.

     

 

Gibraltar to mieszanka 3 miejsc: Hiszpanii, Anglii i Afryki. Hiszpanii, bo budynki są głównie w stylu hiszpańskim, Anglii, bo możemy tu znaleźć czerwone budki telefoniczne, angielskie śmietniki i drogowskazy, Afryki, bo żyją tutaj małpy.

W Gibraltarze warto jest się przejść ulicą Main Street oraz wjechać na Skałę Gibraltarską. Mamy w planach dostać się na górę za pomocą kolejki. Nasze plany pokrzyżowała trochę pogoda, ale o tym za chwilę.

Przechodzimy przez płytę lotniska, która znajduje się tuż za przejściem granicznym i idziemy w stronę centrum. Docieramy dzięki temu na ulicę Main Street.

     

 

Do kolejki jest kawałek drogi. Niestety musimy zatrzymać się na chwilę, bo zaczyna padać deszcz. Jesteśmy źli, bo spodziewaliśmy się, że odpoczniemy trochę od polskich mrozów.

 

W końcu udaje nam się dotrzeć do kolejki, a na miejscu okazuje się, że jest nieczynna z powodu silnych wiatrów. Początkowo jestem załamana. Wiem, że jest możliwość wjazdu na górę busem, ale czytałam opinie na blogach, że kierowcy mocno naciągają turystów i w rzeczywistości płaci się 2 razy więcej niż za kolejkę. Nie mamy jednak wyjścia i rozmawiamy z właścicielem jednego z busów. Proponuje nam cenę 30 euro. Jest to 10 euro więcej niż za kolejkę, ale korzystamy z jego oferty. Nie mamy czasu wejść na skałę piechotą.

 

Zatrzymujemy się na pierwszym przystanku, bowiem okazuje się, że cena nie obejmuje tylko samego wjazdu, ale także zatrzymamy się w kilku miejscach. Widzimy pomnik nazywany Pillars of Hercules. Jak na razie widoki nas nie zachwycają.

     

 

Drugi przystanek to jaskinia St. Michael’s Cave. Dosyć mała, ale ciekawa, przypominająca jaskinię smoczą na Majorce. Wejście do jaskini kosztuje 10 euro. Dostaje się bilet, która pozwala wejść także do innych atrakcji na Gibraltarze. My za niego nie płacimy, bo załatwił go nam przewoźnik busa. Tutaj wiadomo już dlaczego płacimy 10 euro więcej niż za kolejkę.

     

 

Tutaj widzimy pierwsze małpki. Ludzie biegają za nimi z komórkami i robią zdjęcia. A one w ogóle nie zwracają na to uwagi, zajmują się sobą. Tylko te większe czasem dokładnie obserwują ludzi, ale nie odczuwam, żeby były agresywne.

 

Wsiadamy do busa. Pan kierowca opowiada po angielsku ciekawostki na temat Gibraltaru, Wojtek tłumaczy naszej czwórce. Mówi, że będzie możliwość zrobienia sobie zdjęcia z małpami. Kierowca zna je i wie, jak się z nimi obchodzić oraz które są nieszkodliwe. Ostrzega, że małpy mogą trochę śmierdzieć.

Ja, Wojtek i Beata korzystamy z okazji. Małpki bardzo ładnie pozują do zdjęć 🙂 Nie odczuliśmy, żeby śmierdziały, ale trzeba uważać, bo jednej pani małpa nie polubiła i ją obsikała 😀 Tutaj cieszymy się, że pojechaliśmy busem. Wjeżdżając kolejką nie mielibyśmy pamiątki w postaci zdjęć z afrykańskimi kolegami 😀

     

     

 

Wjechaliśmy już na samą górę, jesteśmy tuż obok stacji kolejki. Niestety nie widzimy Afryki z powodu zachmurzonego nieba i małej przejrzystości powietrza 🙁

 

Następnym przystankiem jest Military Heritage Center. Tutaj mamy dwie opcje wyboru: albo wysiadamy, idziemy zwiedzać tunele Great Siege Tunnels i schodzimy już sami na piechotę (ok 10 min do centrum) albo zjeżdżamy razem z panem busem na dół. Wybieramy tę pierwszą opcję, płacimy i żegnamy się. Zostajemy tu chwilę, fotografujemy armatę i widoki na Gibraltar.

 

Idziemy w kierunku tunelu. Wydaje mi się, że do Military Heritage Center (muzeum wojskowego) też można było wejść na nasze bilety, ale Wojtek nie zrozumiał pana kierowcy. Jeśli chodzi o wrażenia z tunelu Great Siege Tunnels, to polecam je tylko osobom interesującym się historią. Dla mnie był on nieciekawy, a w dodatku gdy dotrzemy do jego końca, trzeba wracać tą samą drogą.

 

Po wyjściu z tunelu idziemy drogą w dół. Po drodze mijamy znaki mówiące, abyśmy uważali na koniki polne i na motyle 😀

 

Docieramy do zamku Moorish Castle. Pokazujemy panu nasze bilety, ale tak naprawdę wejścia strzeże kto inny 😀

 

Wojtek, Beata i tata wchodzą na zamek. Ja z powodu okropnego bólu pleców postanawiam na chwilę odpocząć na dole 🙂 Nogi mnie ani razu nie zabolały przez cały wyjazd, ale z plecami było naprawdę ciężko 🙁

 

Za zamkiem mijamy jeszcze jedno muzeum. Nie wchodzimy do niego, bo szkoda nam czasu 🙂 Nikt z nas nie jest fanem historii, a w dodatku jesteśmy zmęczeni.

Droga do centrum nie jest taka oczywista jakby się wydawało i musimy skorzystać z map google.

 

Przechodzimy ponownie przez Main Street i tą samą drogą idziemy w kierunku samochodu. Zerkamy w kierunku Skały Gibraltarskiej, widzimy zwiedzony przed chwilą zamek. Nie bylibyśmy tam, gdybyśmy wjechali na górę kolejką, tak jak wiele innych rzeczy. Dlatego dla osób mających więcej czasu polecam wycieczkę busem bądź w ogóle wejście piechotą. Albo wjazd kolejką na górę i zejście piechotą… tylko wtedy z kolei ominęlibyśmy Pillars of Hercules i jaskinię St. Michael’s Cave, bo znajdują się z innej strony niż pozostałe atrakcje. Najlepsza jak dla mnie jest opcja wjazdu busem, ale warto złapać go już tuż za przejściem granicznym- cena jest ta sama (30 euro), a oszczędzamy kawał drogi pod kolejkę, skąd my wjeżdżaliśmy. Przejdziecie się ulicą Main Street w drodze powrotnej i wszystkie punkty będą zahaczone 🙂 Zapytajcie jednak, co dokładnie oferują w wycieczce, bo zła opinia o busiarzach na blogach nie wzięła się znikąd.

Będąc na Gibraltarze odpuściliśmy sobie Europa Point– miejsce wysunięte najbardziej na południe Gibraltaru. Znajduje się tam pomnik Władysława Sikorskiego (Sikorski Memorial). Piszę o tym, bo może kogoś to zainteresuje i się tam wybierze 🙂

Przed przejściem granicznym rozpoczyna się ogromna ulewa. Szczęście, że teraz, a nie gdy byliśmy na skale. W dodatku zamykają wejście na lotnisko, podejrzewamy, że będzie lądował samolot. Czekamy pod dachem pobliskiej stacji paliw na możliwość dalszej drogi. Myślałam, że zanim to nastąpi, poczekamy z 10 minut, ale po 3 minutach możemy iść dalej. Chyba jednak żaden samolot nie startował ani nie lądował… Przez płytę lotniska przechodzimy z lekkim stresem i oglądamy się w lewo i w prawo, czy nic nam nie wyląduje na głowach 😀

 

Gibraltar jest bardzo blisko Afryki, ale najbliżej jest Tarifa- miejscowość położona 40 km od Gibraltaru. Jest w miarę po drodze do naszego dzisiejszego noclegu w Kadyksie, więc pomimo nieciekawej pogody postanawiamy tu zajechać. Zostaliśmy ostrzeżeni, że są tu (nawet w lato) bardzo silne wiatry, ale takich się nie spodziewaliśmy. Po otworzeniu drzwi samochodu w środku był już piasek. Na oczy nałożyliśmy okulary przeciwsłoneczne, aby nic nie naleciało do oczu i przeszliśmy się kawałek na plażę, ale szybko wróciliśmy. Poniższe zdjęcia zrobiłam z samochodu, nie polecam na zewnątrz wyjmować aparatów. Pomimo słabej pogody widać szary zarys wybrzeża Afryki.

 

Wsiadamy do samochodu i jedziemy do Kadyksu. Wyciągamy piasek z uszu, trzepiemy też trochę z głowy 😀

 

W Kadyksie mieliśmy plan sfotografować zachód słońca i przejść się kawałek promenadą. Niestety pada spory deszcz, dlatego wprowadzamy się do apartamentu i odpoczywamy. Wychodzimy tylko na chwilę z parasolkami na obiadokolację. Poszukiwania restauracji trochę trwają, bo niemal wszystkie są pozamykane. W końcu przypadkowo trafiamy do jednej i siadamy. Był to dobry wybór, a jedzenie najlepsze jakie jedliśmy do tej pory i w sumie podczas całego pobytu w Andaluzji. Zjedliśmy roladki łososiowe z hiszpańskim serkiem, salmoreyo- słynną, pomidorową zupę krem podaną z jajkiem i szynką Jamon Serrano, paellę z owocami morza i coś, co może wyglądało trochę nieciekawie, ale było pyszne- czarny makaron z białymi węgorzami (zwanymi “angulas”). Do picia podano nam słodkie, andaluzyjskie wino- też bardzo dobre, niestety nie pamiętam nazwy, bo poleciła nam je pani kelnerka.

     

     

 

część 5:

Wiosenna Andaluzja cz.5- Kadyks

 

część 1:

Wiosenna Andaluzja cz.1- Kordoba

Dodaj komentarz